Bieg, który znika z mapy w kilka minut
Bieg Kreta, choć wciąż nie należy do najbardziej rozpoznawalnych imprez biegowych w kraju, od lat cieszy się ogromnym zainteresowaniem w środowisku ultra. Pakiety startowe na tegoroczną edycję rozeszły się w zaledwie dwie minuty, co najlepiej pokazuje rangę wydarzenia.
Organizatorzy przygotowali dwa dystanse: krótszy tzw. "mały kret" liczący około 148 km (w rzeczywistości dla wielu zawodników nawet więcej) oraz legendarny, ekstremalny wariant 377 km, uznawany za najdłuższy ultramaraton w Polsce. W tym drugim bierze udział jedynie starannie wyselekcjonowana dziesiątka zawodników, którzy muszą spełnić szereg rygorystycznych wymagań.
Oni jeszcze biegną, a ja już jestem w domu
- Nie ma jeszcze oficjalnych wyników, bo część zawodników nadal jest na trasie. Wyobrażasz sobie? Ja po dwóch kawach, wykąpany i wyspany, wracam do domu, a oni wciąż biegną - mówi z niedowierzaniem i lekkim uśmiechem Grzegorz Walasek w niedzielny poranek.
Start biegu odbył się w Sobótce pod Wrocławiem, a trasa "małego Kreta" stanowiła jeden z boków tzw. Trójkąta Sudeckiego. Zawodnicy biegli m.in. przez Lądek-Zdrój, Stronie Śląskie i okoliczne miejscowości, pokonując wymagający teren Sudetów.
Bieg bez oznaczeń - test orientacji i psychiki
To, co wyróżnia Bieg Kreta na tle innych ultramaratonów, to brak jakichkolwiek oznaczeń trasy. Na zawodników nie czekają taśmy, chorągiewki, strzałki ani wolontariusze wskazujący drogę. Uczestnicy muszą polegać wyłącznie na własnych umiejętnościach nawigacyjnych: zegarkach GPS, mapach papierowych, znajomości terenu oraz intuicji. W praktyce oznacza to ogromne ryzyko błędów, a nawet wielokilometrowe zboczenia z trasy. - GPS w wielu miejscach się gubił. Zawodnicy też się gubili. Po takim dystansie to naprawdę robi różnicę - relacjonuje Walasek.
26 godzin walki z górami i własnym ciałem
Zawodnik przyznaje, że pokonanie dystansu zajęło mu znacznie więcej czasu, niż zakładał. Meta została osiągnięta po niemal 26 godzinach nieprzerwanego wysiłku. Start nastąpił w piątek o godzinie 21:00, a finisz w sobotę wieczorem około 23:00. - To była naprawdę długa i trudna przeprawa - podkreśla zawodnik rodem z Bazanowa.
Śnieżnik, kamienie i brak łatwych kilometrów
Trasa nie dawała chwili wytchnienia. Szczególnie wymagający okazał się rejon Śnieżnika, gdzie zalegało dużo lodu, a odcinki były wyjątkowo kamieniste i techniczne. - Z samego dystansu 150 km nie ma nic łatwego. Na Śnieżniku było bardzo ślisko, dużo trudnych fragmentów - wspomina uczestnik.
Logistyka przetrwania: zupa, kawa i... wszystko, co dostępne
Na punktach odżywczych zawodnicy mogli liczyć na podstawowe, ale kluczowe wsparcie. Serwowano ciepłe posiłki, najczęściej zupę pomidorową, czasem barszcz lub kiełbasę. Nie zabrakło też klasycznych dodatków: kawy, herbaty, ciastek i owoców.
Jednak organizacyjnie bieg również stawiał wyzwania. Pierwsze punkty odżywcze były rozmieszczone nawet co ponad 30 kilometrów, co zmuszało zawodników do zabierania większej ilości wody i jedzenia w plecakach. W standardowych ultramaratonach dystans między punktami wynosi zwykle około 15–20 kilometrów.
6500 metrów przewyższeń i niepewność wyników
Według danych z zegarka GPS i trackera organizatora, Grzegorz Walasek pokonał około 152 kilometry, 6500 metrów przewyższeń w górę oraz ponad 7000 metrów w dół. Na oficjalne wyniki trzeba jednak jeszcze poczekać.
mp
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.