Wśród poszkodowanych jest Paweł Poterek, który od dwóch dekad prowadzi 15-hektarowy sady w Trzciankach (powiat rycki) i najbliższej okolicy. Uprawia: jabłka, śliwki, gruszki, czereśnie i wiśnie, czyli gatunki szczególnie wrażliwe na wiosenne spadki temperatur.
Jak podkreśla, wszystko rozegrało się w ciągu kilku kluczowych nocy. - Najgorsze było z niedzieli na poniedziałek. Mróz przyszedł tuż po północy i trzymał bardzo długo, ponad pięć godzin. Kulminacja była około trzeciej w nocy, temperatura spadła do minus 4,6 stopnia. To ekstremalne warunki dla owoców. Wiele zawiązków zostało poważnie uszkodzonych, a nawet część jabłoni, które jeszcze nie były rozwinięte, też zostały złapane przez mróz - mówi.
Po tej nocy sadownicy próbowali ratować sytuację, ale możliwości były ograniczone. - Po pierwszej nocy stosowaliśmy środki wspomagające regenerację, ale to nie jest rozwiązanie, które zatrzyma takie straty. Nie mam instalacji do zraszania nadkoronowego, a to w takich sytuacjach często robi różnicę - dodaje.
Niestety, kolejne dni przyniosły jeszcze gorsze warunki. - Druga fala przyszła z wtorku na środę i potem jeszcze ze środy na czwartek. Temperatury spadały nawet do minus siedmiu stopni. To już nie są przymrozki, tylko poważny mróz, który niszczy wszystko, co było wrażliwe - twierdzi.
Efekty są widoczne gołym okiem. - Część kwiatów po prostu poczerniała. Zostały zmrożone. Najgorsze jest to, że to były długotrwałe mrozy. Gdyby to był krótki spadek temperatury, rośliny miałyby większe szanse. Zamknięte kwiaty potrafią się chronić, ale tym razem to nie wystarczyło - dodaje.
Szacunki strat są bardzo pesymistyczne. - Mówimy o 90, a miejscami nawet o 100 procentach strat. Oczywiście jeszcze czekamy, może coś się zregeneruje, ale nie ma co się oszukiwać. Sytuacja jest bardzo zła - mówi Poterek.
Sadownik zwraca też uwagę na różnice w uszkodzeniach w zależności od wysokości drzew. - Na wyższych partiach drzew może jeszcze coś zostanie, bo tam temperatura była minimalnie wyższa. Ale przy ziemi praktycznie wszystko zostało zniszczone - dodaje.
To kolejny trudny sezon. - W zeszłym roku też mieliśmy podobne problemy i już wtedy było ciężko. Liczyłem, że teraz pogoda odpuści, ale niestety. Wygląda na to, że to najgorszy rok od 20 lat, jeśli chodzi o produkcję owoców - mówi sadownik z Trzcianek.
Problemy mają charakter ogólnopolski. Podobne relacje płyną z rejonów takich jak: Opole Lubelskie, Sandomierz czy Grójec, które należą do najważniejszych zagłębi sadowniczych w kraju. W wielu gospodarstwach sytuacja wygląda niemal identycznie.
Sadownicy oczekują teraz konkretnych działań ze strony państwa. - Mają być powołane komisje w każdej gminie, które będą szacowały straty. Wszyscy na to czekamy, ale też zastanawiamy się, jakie to będą środki i czy realnie pomogą przetrwać - wspomina.
Dla takich gospodarstw jak to prowadzone przez Paweł Poterek to nie tylko problem jednego sezonu, ale potencjalne zagrożenie dla całej działalności. Sadownik prowadzi sprzedaż hurtową, ale również sprzedaje owoce na rynkach w: Dęblinie, Łukowie czy Żelechowie. W tym roku dostawy mogą być jednak drastycznie ograniczone.
- Czekamy jeszcze, obserwujemy drzewa dzień po dniu. Może coś się odbuduje, ale skala strat jest tak duża, że ten sezon dla wielu z nas jest praktycznie stracony - dodaje.
Wiele wskazuje na to, że skutki tych kilku mroźnych nocy będą odczuwalne nie tylko przez sadowników, ale także przez konsumentów. W postaci wyższych cen i mniejszej dostępności krajowych owoców.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.