reklama

Robert Kępka jest bohaterem! Każdy biegnie własną drogą

Opublikowano:
Autor:

Robert Kępka jest bohaterem! Każdy biegnie własną drogą - Zdjęcie główne

reklama
Udostępnij na:
Facebook
SPORTNa pierwszy trening poszedł z ciekawości. Nie planował zmieniać swojego życia, nie marzył o medalach ani sportowych sukcesach. Dziś ma za sobą blisko dziewięćdziesiąt startów, dwukrotnie zdobył Koronę Półmaratonów Polskich, ukończył wymagające biegi górskie i mimo problemów zdrowotnych nadal staje na linii startu.
reklama

Robert Kępka z Ryk przekonuje, że bieganie nie jest sportem wyłącznie dla najszybszych. Jego zdaniem najważniejszy nie jest wynik, ale droga, którą każdy pokonuje we własnym tempie.

– Każdy człowiek ma swoją historię i swoje możliwości. Nie można porównywać czyjegoś pierwszego kroku z czyimś setnym biegiem. Najważniejsze jest po prostu zacząć – mówi.

Pierwszy krok

Jeszcze kilkanaście lat temu bieganie nie było ważną częścią jego życia. Sport istniał gdzieś obok, ale nie zajmował szczególnego miejsca w codzienności. Wszystko zmieniło się w 2013 roku podczas zawodów organizowanych przez grupę Biegusiem.pl.

Pojechał tam jako sponsor wydarzenia, nie jako zawodnik.

– Kompletnie nie zakładałem, że tego dnia coś się zmieni. Byłem tam zawodowo, chciałem pomóc przy organizacji. Nie myślałem nawet o tym, żeby kiedyś samemu stanąć na starcie – wspomina.

reklama

Zawody wyglądały jak wiele innych. Była trasa, numer startowy, zawodnicy walczący z czasem i kibice czekający na mecie. Jednak z perspektywy obserwatora Robert zobaczył coś, czego wcześniej nie znał.

Największe wrażenie zrobiła na nim atmosfera.

Nie chodziło tylko o rywalizację. Ludzie, którzy ukończyli bieg, nie rozchodzili się od razu do domów. Czekali na kolejnych zawodników, pomagali sobie, gratulowali każdemu, kto przekraczał linię mety.

– Widziałem osoby, które były naprawdę zmęczone, ale jednocześnie miały ogromną radość na twarzy. Nie liczyło się tylko miejsce. Liczyło się to, że ktoś pokonał własną granicę – mówi.

Wtedy pojawiła się pierwsza myśl, że może sam powinien spróbować.

Kilka dni później założył sportowe buty i wyszedł pobiegać.

Nie było wielkich planów. Nie było przygotowań pod zawody. Był pierwszy trening.

reklama

Kilometry, które uczą cierpliwości

Początki nie były łatwe.

Pierwsze kilometry oznaczały walkę przede wszystkim z własnym organizmem. Oddech szybko stawał się problemem, nogi odmawiały posłuszeństwa, a dystanse, które dziś wydają się krótkie, wtedy były dużym wyzwaniem.

Najważniejsze było jednak jedno – nie poddać się po kilku próbach.

– Bardzo szybko zrozumiałem, że bieganie uczy cierpliwości. Nie da się zbudować formy w kilka dni. Organizm potrzebuje czasu – podkreśla.

Z każdym kolejnym tygodniem było trochę łatwiej. Krótkie treningi zaczęły zamieniać się w dłuższe wybiegania. Pojawiła się regularność, a razem z nią pierwsze efekty.

– Po kilku miesiącach zauważyłem, że mogę biec dalej. Łatwiej kontrolowałem oddech i nie kończyłem każdego treningu całkowicie wyczerpany – mówi.

reklama

Pierwsze zawody były naturalnym kolejnym krokiem.

Nie jechał tam jednak po zwycięstwo.

– Nigdy nie patrzyłem na bieganie w ten sposób. Chciałem sprawdzić, czy potrafię pokonać kolejny dystans i czy jestem lepszy niż kilka miesięcy wcześniej – dodaje.

Z czasem liczba startów rosła. Każdy kolejny bieg był nowym doświadczeniem.

Najbardziej polubił półmaraton.

– To dystans, który daje ogromną satysfakcję. Jest wymagający, ale jednocześnie możliwy do osiągnięcia dla osoby, która nie jest zawodowym sportowcem. Do dziś mam do niego największy sentyment – mówi.

Za medalem stoją setki godzin

Dla kibiców zawody często zaczynają się i kończą na mecie. Widzą zawodnika z numerem startowym, medal i uśmiech po ukończeniu trasy.

Nie widzą jednak tego, co dzieje się wcześniej.

reklama

Robert prowadzi firmę reklamową, jest mężem i ojcem trójki dzieci. Bieganie musiało znaleźć miejsce pomiędzy pracą, rodziną i codziennymi obowiązkami.

– Największym wyzwaniem nigdy nie były same zawody. Najtrudniej było znaleźć czas na trening. Czasami trzeba było wstać przed piątą rano, innym razem wyjść późnym wieczorem. Pogoda też nie zawsze zachęcała – opowiada.

Jak podkreśla, właśnie wtedy buduje się charakter.

– Na zawodach każdy widzi numer startowy i medal. Nikt nie widzi tych kilometrów zrobionych wtedy, kiedy człowiekowi zwyczajnie się nie chciało – mówi.

Systematyczność zaczęła przynosić efekty.

Podczas jednego ze startów w Rzeźniczku poprawił wcześniejszy wynik aż o godzinę.

– To był ważny moment. Nie dlatego, że nagle stałem się lepszym zawodnikiem od innych. Najważniejsze było to, że zobaczyłem własny postęp – podkreśla.

Pierwsze spotkanie z górami

Przez pierwsze lata biegał głównie po asfaltowych trasach. Wszystko zmieniło się, gdy zaczął słuchać opowieści znajomych z grupy Biegusiem.pl o biegach górskich.

Mówili o zmęczeniu, trudnych podejściach i kilometrach pokonywanych w zupełnie innych warunkach. Ale przede wszystkim opowiadali o widokach, atmosferze i emocjach, których nie dawały zwykłe zawody uliczne.

– Słuchałem tych historii i coraz częściej myślałem, że chciałbym zobaczyć to na własne oczy. Góry wydawały mi się czymś odległym, ale jednocześnie bardzo ciekawym – wspomina.

W 2016 roku podjął decyzję.

Zapisał się na Festiwal Biegu Rzeźnika w Cisnej.

Na początek wybrał Rzeźniczka – 27 kilometrów i około tysiąca metrów przewyższenia.

Dla osoby przyzwyczajonej do asfaltu była to zupełnie nowa rzeczywistość.

– Najśmieszniejsze jest to, że Bieszczady pierwszy raz zobaczyłem właśnie podczas zawodów. Nie było wcześniejszego rekonesansu, oglądania trasy czy treningów w górach. Wszystko było dla mnie nowe – śmieje się.

Już pierwsze kilometry pokazały, że góry mają swoje zasady.

Podejścia wymuszały marsz. Zbiegi wymagały ostrożności. Każdy fragment trasy sprawdzał nie tylko kondycję, ale też charakter.

– Na mecie byłem zmęczony bardziej niż po wielu biegach ulicznych. Ale jednocześnie wiedziałem, że chcę tam wrócić – mówi.

I wracał.

Na jego biegowej mapie pojawiły się kolejne starty w Bieszczadach, między innymi Zimowy Maraton Bieszczadzki oraz Ultramaraton Bieszczadzki.

Nigdy jednak nie traktował miejsca w klasyfikacji jako najważniejszej rzeczy.

– Wiedziałem, że nie ścigam się z innymi. Moim największym przeciwnikiem zawsze byłem ja sam. Dla jednej osoby sukcesem będzie 240 kilometrów, dla innej pierwszy kilometr. Każdy ma swoją drogę – podkreśla.

W 2017 roku razem z kolegami z grupy Biegusiem.pl zdobył Koronę Półmaratonów Polskich.

Był to kolejny etap jego przygody, ale nie cel sam w sobie.

– Nigdy nie chciałem zostać zawodowym sportowcem. Największą satysfakcję dawało mi sprawdzanie, jak daleko mogę dojść dzięki pracy i systematyczności – mówi.

Nie wiedział jeszcze, że za chwilę czeka go najtrudniejszy etap tej drogi.

Tym razem przeciwnikiem nie będzie dystans, góry ani zmęczenie.

Będzie nim własne zdrowie.

Najtrudniejszy przeciwnik

Przez kilka lat wszystko układało się zgodnie z planem. Każdy sezon przynosił nowe starty, kolejne kilometry i coraz większą pewność siebie. Bieganie stało się naturalną częścią codzienności.

Nic nie zapowiadało, że ta droga zostanie nagle zatrzymana.

Pierwsze problemy z oddychaniem pojawiały się stopniowo. Początkowo Robert sądził, że to przemęczenie albo chwilowy spadek formy. Z czasem jednak objawy zaczęły się nasilać.

– Coraz częściej miałem wrażenie, że nie mogę nabrać pełnego powietrza. To nie była zwykła zadyszka po treningu. Bardziej uczucie, jakby coś blokowało oddech – wspomina.

Problem nie dotyczył już tylko biegania.

– Najtrudniejsze było to, że zdarzało się również poza treningami. Człowiek siedział w domu albo próbował zasnąć i nagle pojawiało się uczucie, że nie może normalnie oddychać. To było bardzo obciążające psychicznie – mówi.

Po kolejnych badaniach pojawiła się diagnoza – astma.

Dla wielu osób oznaczałaby ona konieczność zmiany aktywności. Dla Roberta oznaczała przede wszystkim przerwę od czegoś, co przez lata dawało mu energię i równowagę.

W pewnym momencie musiał całkowicie zrezygnować z treningów.

– Organizm po prostu powiedział stop. Nie było sensu z nim walczyć. Musiałem zaakceptować sytuację i poczekać – podkreśla.

Najbardziej brakowało mu nie samych zawodów.

– Brakowało mi tego momentu, kiedy wychodziłem pobiegać i wszystkie problemy zostawały gdzieś z tyłu. Bieganie dawało mi spokój i czas tylko dla siebie – dodaje.

Powrót od początku

Leczenie pomagało, ale nie pozwalało wrócić do dawnej aktywności. Robert musiał znaleźć nową drogę.

Postanowił spróbować jeszcze raz, ale tym razem bez presji.

Nie chodziło o rekordy.

Nie chodziło o wyniki.

Chodziło o odzyskanie możliwości normalnego ruchu.

Rozpoczął współpracę z trenerem biegania.

– Od początku powiedziałem mu wszystko. Nie ukrywałem problemów zdrowotnych. Wiedział, że nie możemy trenować tak jak wcześniej – mówi.

Plan wyglądał zupełnie inaczej niż kiedyś. Było więcej cierpliwości, spokojnych treningów i obserwowania reakcji organizmu.

Każdy mały krok miał znaczenie.

– Czasami największym sukcesem było to, że po treningu oddychałem trochę lepiej niż kilka tygodni wcześniej. Wtedy zrozumiałem, że sport nie zawsze polega na poprawianiu wyników. Czasami największym zwycięstwem jest możliwość zrobienia czegoś, co wcześniej wydawało się niemożliwe – podkreśla.

Po kilku miesiącach pojawiła się poprawa.

Nie nastąpił nagły przełom. Nie było jednego dnia, w którym wszystko wróciło do normy.

To był powolny proces.

– Po niespełna roku zauważyłem, że codziennie funkcjonuje mi się dużo łatwiej. Nadal musiałem uważać, ale organizm zaczął reagować inaczej – mówi.

Powrót na start

W 2024 roku ponownie przypiął numer startowy.

Zdobył Koronę Półmaratonów Polskich po raz drugi.

Dla wielu zawodników byłby to kolejny sportowy sukces. Dla niego był symbolem odzyskania czegoś znacznie ważniejszego.

– To nie był powrót po wynik. To był powrót do normalności. Sam fakt, że mogłem znowu stanąć na starcie, był ogromną wygraną – podkreśla.

Rok później ponownie ukończył komplet wymaganych półmaratonów.

Nie robił tego dla statystyki.

– Chciałem sprawdzić, czy nadal potrafię. To była satysfakcja przede wszystkim dla mnie – mówi.

Jednocześnie wiedział, że jego organizm nie jest już taki sam jak przed chorobą.

Podczas zawodów czasami musiał zwolnić. Zdarzało się, że przechodził do marszu, aby uspokoić oddech.

Dawniej uznałby to za porażkę.

Dziś patrzy na to inaczej.

– Kiedyś walczyłem o każdą minutę. Dzisiaj walczę o to, żeby w ogóle móc biegać. Ta zmiana perspektywy jest ogromna – podkreśla.

Bieganie bez presji

Problemy zdrowotne sprawiły, że czas na mecie przestał być najważniejszy.

Robert zaczął bardziej doceniać samą drogę.

– Biegam wolniej, ale chyba widzę więcej niż kiedyś. Mam czas spojrzeć na miejsca, przez które biegnę, porozmawiać z ludźmi, zrobić zdjęcie. Kiedyś skupiałem się głównie na tempie – mówi.

Coraz mocniej zaczęły przyciągać go góry.

Tam znalazł przestrzeń, w której nie musiał niczego udowadniać.

– W górach marsz na podejściu nie jest oznaką słabości. To naturalna część biegu. Można zwolnić, złapać oddech i nadal czerpać radość z trasy – podkreśla.

Jesienią wystartował razem ze znajomymi z grupy Biegusiem.pl w Borecka Łękuk Trail.

21 kilometrów wystarczyło, by upewnić się, że właśnie w tę stronę chce iść.

Sezon górskich wyzwań

Rok 2026 miał być sezonem górskich startów.

Na liście znalazły się Pieniny Ultra-Trail, Tatra Fest Run i Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich w Lądku-Zdroju.

– Doszedłem do wniosku, że góry pasują do mnie bardziej niż kiedyś asfalt. Tam mogę biec swoim rytmem. Nie muszę cały czas walczyć z tempem innych zawodników – mówi.

Pierwszym sprawdzianem były Pieniny Ultra-Trail – 23 kilometry górskiej trasy.

Później przyszedł czas na Tatra Fest Run.

Każdy kolejny start dawał coraz większą pewność, ale jednocześnie przypominał o pokorze wobec gór.

– Można być przygotowanym, ale natura zawsze ma ostatnie słowo. Pogoda i teren bardzo szybko pokazują, kto naprawdę rządzi – podkreśla.

Lądek-Zdrój i Golden Mountains Trail

Najważniejszym punktem sezonu miał być Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich.

Robert wybrał Golden Mountains Trail.

33 kilometry.

Około 1500 metrów przewyższenia.

Dystans znacznie trudniejszy od półmaratonu, ale jeszcze w zasięgu jego możliwości.

– Chciałem sprawdzić się na czymś trudniejszym. Nie na trasie, która zajmie kilkanaście godzin, ale takiej, która pokaże prawdziwy charakter gór – mówi.

Do Lądka-Zdroju pojechał z Grzegorzem Walaskiem z grupy Biegusiem.pl.

Ich wyzwania były zupełnie różne.

Robert miał pokonać 33 kilometry.

Grzegorz stanął na starcie legendarnego Biegu 7 Szczytów – około 240 kilometrów i ponad 7600 metrów przewyższenia.

– Dla mnie taki dystans jest czymś niewyobrażalnym. To zupełnie inny poziom – przyznaje Robert.

Przed startem Golden Mountains Trail emocji nie brakowało.

Pogoda była niepewna.

Prognozy zapowiadały burze.

– Mam ADHD, więc moja głowa potrafi stworzyć wiele scenariuszy. Analizuję pogodę, trasę, sprzęt i wszystkie możliwe sytuacje – mówi z uśmiechem.

Jeszcze przed własnym startem odebrał z trasy innego zawodnika, który zakończył udział w Biegu 7 Szczytów po 83 kilometrach.

Zmęczenie na jego twarzy zrobiło duże wrażenie.

– Pomyślałem wtedy, że góry naprawdę nie wybaczają błędów. Zacząłem jeszcze bardziej szanować to, co mnie czekało – dodaje.

Burza na Czernicy

Start Golden Mountains Trail zaplanowano na godzinę 15.

Kilka minut wcześniej nad Lądkiem-Zdrojem przeszła ulewa.

Później deszcz zaczął ustępować.

Wydawało się, że najgorsze minęło.

– Wyszedłem na start bez płaszcza przeciwdeszczowego. Wszystko wyglądało tak, jakby pogoda się poprawiała. Nie wiedziałem jeszcze, jak bardzo się myliłem – mówi.

Pierwsze kilometry prowadziły przez leśne ścieżki.

Trasa szybko pokazała swoją trudność.

Robert ponownie poczuł problemy z oddechem.

– Wiedziałem już, że nie mogę walczyć z organizmem. Musiałem zwolnić i znaleźć własny rytm – podkreśla.

Najwyższy punkt trasy znajdował się na Czernicy.

Tam pogoda zmieniła się całkowicie.

Najpierw pojawiły się krople deszczu.

Potem grzmot.

Następnie błyskawica.

– Pamiętam ten moment bardzo dokładnie. Najpierw usłyszałem huk, potem zobaczyłem błysk. Wiedziałem, że burza jest już z nami – wspomina.

W kilka minut spokojny deszcz zamienił się w ulewę.

Kamienie stały się śliskie.

Wiatr szarpał drzewami.

Telefon przestał działać przez wodę.

– Nie myślałem już o zdjęciach ani wyniku. Najważniejsze było zejść bezpiecznie z grani – mówi.

Zbieg, który normalnie byłby jego ulubionym fragmentem trasy, tym razem stał się walką o ostrożność.

– Nie dało się biec szybko. Każdy krok trzeba było dobrze sprawdzić. Jeden błąd mógł skończyć się poważnym upadkiem – podkreśla.

Po drodze zaliczył poślizg.

Na szczęście skończyło się tylko na błocie i kilku otarciach.

Najtrudniejsze miało jednak dopiero nadejść.

Ostatnie kilometry

Po punkcie odżywczym w Starym Gierałtowie wydawało się, że najgorsze minęło.

Jednak organizm był już mocno zmęczony.

Wilgoć, wcześniejsza walka z burzą i kilometry w nogach zrobiły swoje.

Problemy z oddychaniem wróciły.

– Nie mogłem złapać pełnego oddechu. Próbowałem zwolnić, uspokoić się, ale było ciężko – mówi.

W pewnym momencie usiadł na powalonym drzewie.

Nie myślał o wyniku.

Nie myślał o miejscu.

Zastanawiał się tylko, czy będzie w stanie iść dalej.

– Wiedziałem, że muszę odpocząć, ale jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że zbliża się zmrok. Nie mogłem zostać tam na długo – wspomina.

Po chwili wstał.

I ruszył.

Nie szybko.

Nie efektownie.

Ale do przodu.

Meta

Końcowe kilometry pokonywał już po ciemku.

Założył czołówkę.

Szlak był błotnisty, mokry i śliski.

Nie było już rozmów ani żartów.

Był tylko oddech, deszcz i kolejne kroki.

– W takich momentach człowiek zapomina o klasyfikacji. Liczy się tylko następny krok. Potem kolejny – podkreśla.

Po kilku godzinach usłyszał pierwsze dźwięki mety.

Okrzyki kibiców.

Dzwonki.

Muzykę.

Po 6 godzinach i 26 minutach przekroczył linię mety.

Zajął 430. miejsce wśród 500 sklasyfikowanych zawodników.

Dla jednych byłby to wynik z końca stawki.

Dla niego był zwycięstwem.

– Nie pamiętam miejsca. Pamiętam ulgę i ogromną radość, że mimo wszystkich problemów dotarłem do mety własnymi siłami – mówi.

Własna droga

Kilka godzin później jego kolega Grzegorz Walasek ukończył Bieg 7 Szczytów.

Pokonał blisko 240 kilometrów.

Obaj przeszli zupełnie różne drogi.

Ale obaj odnieśli swoje zwycięstwa.

– Nie można porównywać takich wyzwań. Każdy ma swoją metę. Dla jednej osoby będzie nią ultramaraton, dla innej pierwszy kilometr – podkreśla Robert.

To zdanie najlepiej opisuje jego podejście do biegania.

Nie chodzi o rekord.

Nie chodzi o miejsce.

Nie chodzi nawet o medal.

Chodzi o drogę.

– Największym błędem jest porównywanie swoich początków z czyimś wieloletnim doświadczeniem. Każdy zaczyna w innym miejscu i każdy ma własne tempo – mówi.

Robert nie zamierza kończyć swojej biegowej historii.

Nie dlatego, że chce zdobywać kolejne trofea.

Nie dlatego, że musi coś komuś udowodnić.

Biega, bo dzięki temu lepiej żyje.

– Chcę nadal być w ruchu. Na tyle, na ile pozwolą mi zdrowie, czas i codzienne obowiązki. Jeśli przy okazji zobaczę piękne miejsca i spotkam ciekawych ludzi, będzie to największa nagroda – dodaje.

Od kilku lat pokazuje swoją drogę również w mediach społecznościowych.

Publikuje relacje z treningów, zawodów i miejsc, do których dociera dzięki bieganiu.

Najbardziej cieszą go jednak wiadomości od osób, które dzięki jego historii same zrobiły pierwszy krok.

– Jeśli ktoś napisze, że po obejrzeniu mojej relacji zaczął biegać albo wrócił do aktywności, to znaczy dla mnie więcej niż miejsce w klasyfikacji – podsumowuje.

Bo w bieganiu, tak jak w życiu, nie zawsze wygrywa ten, kto jest najszybszy.

Czasami największym zwycięstwem jest po prostu się nie zatrzymać. Założyć buty. Wyjść z domu i zrobić pierwszy krok. Bo każdy biegnie własną drogą.

reklama
reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy
reklama
logo