Dzień Listonosza, obchodzony w Polsce 18 października, to okazja, by przypomnieć o osobach, które przez lata były nie tylko doręczycielami przesyłek, lecz także ważnymi postaciami w życiu lokalnych społeczności. Jedną z nich jest Barbara Rychlińska, doskonale znana wielu mieszkańcom Dęblina. Przez 36 lat dostarczała listy, paczki, emerytury i renty, poznając kolejne pokolenia mieszkańców, ich codzienne troski i osobiste historie.
Dla niej praca na poczcie nigdy nie była wyłącznie sposobem na zarabianie pieniędzy. Najważniejsze były relacje z ludźmi. Choć na trasie nie brakowało trudnych chwil, kapryśnej pogody czy niebezpiecznych spotkań z psami, swoje zawodowe życie wspomina z sentymentem.
- Bardzo lubiłam moją pracę. Kontakt z ludźmi był wspaniały, czasami wręcz dochodziło do zwierzeń klientów - opowiada.
Z Podlasia do Dęblina
Historia Barbary Rychlińskiej zaczyna się na Podlasiu, we wsi Woźnawieś, położonej w pobliżu otuliny Biebrzańskiego Parku Narodowego. To tam dorastała, a życie na wsi przyzwyczaiło ją do aktywności i przemieszczania się na rowerze. Ten środek transportu towarzyszył jej również w kolejnych latach. - Po szkole wyjechałam do Łodzi, a potem już razem z mężem przeprowadziliśmy się do Dęblina w maju 1988 roku - wspomina.
O przeprowadzce zdecydowały względy zawodowe i mieszkaniowe. W Dęblinie uruchamiano ciepłownię, a jej mąż, z zawodu energetyk, otrzymał propozycję pracy, z którą wiązało się również mieszkanie. Nowe miasto miało stać się ich domem na dłużej.
Barbara Rychlińska do Dęblina przyjechała wiosną, a już w grudniu 1988 roku rozpoczęła pracę w Poczcie Polskiej. - Chciałam pracować. Znalazłam ogłoszenie na drzwiach poczty przy ulicy Bankowej, poszłam zapytać i dostałam pracę - mówi.
Początki nie oznaczały jednak, że wszyscy od razu byli przekonani, iż poradzi sobie z nowymi obowiązkami. - Pierwszego dnia pani naczelnik nie była do końca przekonana, że sobie poradzę. Okazało się, że jednak dałam radę - wspomina z uśmiechem.
W dęblińskim urzędzie pracowała pod kierownictwem pięciu naczelników, sama pozostając na swoim miejscu i codziennie wyruszając na trasę.
Rower, torba i setki adresów
Niezależnie od tego, czy świeciło słońce, padał deszcz, czy zimą drogi pokrywał śnieg, przesyłki musiały dotrzeć do adresatów.
Rower był dla niej naturalnym środkiem transportu.
- Całe życie na rowerze: na wsi, w Łodzi, w Dęblinie też - podkreśla.
Dawniej pracy było znacznie więcej. Listów, paczek i innych przesyłek przychodziło tyle, że nie zawsze można było zabrać wszystko podczas jednego wyjścia. Zdarzało się, że po wykonaniu części obowiązków pani Barbara musiała wracać do urzędu po kolejną partię.
Każda trasa oznaczała wiele adresów, a za każdym z nich krył się konkretny człowiek. Dla jednych najważniejszy był list od rodziny, dla innych przekaz pieniężny czy oczekiwana przesyłka. Doręczanie emerytur i rent wiązało się dodatkowo z odpowiedzialnością za powierzane jej pieniądze. - Nie patrzyłam na tę pracę przez pryzmat pieniędzy. Najważniejsze były dla mnie zdrowie, szczęście i ludzie - mówi.
Mimo że często miała przy sobie duże sumy, nie chodziła do pracy z poczuciem strachu. - Nigdy się nie bałam. Byłam optymistycznie nastawiona - wspomina.
Nie oznacza to, że zawód był pozbawiony zagrożeń. Jednym z największych problemów okazywały się psy, które potrafiły utrudnić doręczanie korespondencji, a niekiedy stanowiły realne niebezpieczeństwo. Trudna bywała również pogoda, na którą listonoszka nie miała wpływu.
Dwie godziny w śnieżycy
Szczególnie wymagające były zimowe trasy. Barbara Rychlińska pamięta sytuację, gdy śnieżyca znacznie utrudniła jej powrót z Rycic do poczty. Droga zajęła aż dwie godziny. - Nie zawsze było kolorowo. Potrafiłam wracać dwie godziny z Rycic na pocztę z powodu śnieżycy - opowiada.
Takie doświadczenia wymagały cierpliwości i odporności. Trzeba było zadbać o bezpieczeństwo, a jednocześnie pamiętać, że ktoś czeka na list, pieniądze czy ważną przesyłkę. Mimo trudności pani Barbara nie straciła sympatii do swojego zawodu. Lubiła chodzić do pracy tak bardzo, że nawet dni wolne nie zawsze były powodem do radości.
- Kiedyś pracowaliśmy również w soboty, były dyżury. W niedzielę czekałam, kiedy będzie poniedziałek i pójdę do pracy - przyznaje.
Gościnność, rozmowy
Z czasem relacje z klientami nabierały osobistego charakteru. Pani Barbara wiedziała, kto czeka na emeryturę, komu trzeba doręczyć przesyłkę, a kto potrzebuje chwili rozmowy. Dla wielu starszych i samotnych osób jej regularna obecność miała znaczenie wykraczające poza zawodowe obowiązki.
Mieszkańcy zapraszali ją na kawę lub herbatę. Zimą mogła ogrzać się przy piecu kaflowym, latem zaś czekała na nią woda. Szczególnie dobrze wspomina właściciela Pizzerii 77, do którego docierała pod koniec trasy.
- To był mój ostatni punkt na trasie. Właściciel zawsze serdecznie mnie przyjmował. Zimą była gorąca herbata z imbirem, a latem woda z lodem - opowiada.
Takie drobne gesty były dowodem wdzięczności mieszkańców za jej wysiłek. Zdarzało się też, że prośby klientów wykraczały poza zwykłą uprzejmość. Pani Barbara pomagała w codziennych czynnościach osobom, które nie mogły sobie samodzielnie poradzić. Jak sama podkreśla, wystarczyło zauważyć, że ktoś potrzebuje wsparcia.
Trudne i smutne chwile
Wieloletnia praca listonoszki oznaczała poznawanie nie tylko radosnych historii. Regularne wizyty pod tymi samymi adresami pozwalały zauważać, gdy coś zaczynało się zmieniać. Brak odpowiedzi na pukanie do drzwi mógł oznaczać zwykłą nieobecność, ale czasem kryła się za nim znacznie poważniejsza sytuacja.
Pani Barbara pamięta przypadek mężczyzny, do którego przez dwa dni nie mogła się dostać. Dopiero później okazało się, że nie żył i zmarł w swoim domu. - Dwa dni nie mogłam się dostać do pana. Okazało się, że nie żył - wspomina.
Pani Barbara zetknęła się także z wyjątkowo trudnym zdarzeniem związanym z doręczaniem pieniędzy. Osoba, której wcześniej wypłacała świadczenie emerytalne, została zabita. W związku z tą sprawą listonoszka była wzywana na przesłuchanie. Mimo takich zdarzeń pani Barbara podkreśla, że sama nie żyła w ciągłym strachu.
Pomoc podczas pandemii
Pandemia była kolejnym sprawdzianem. Osoby starsze często obawiały się wychodzić z domu, miały trudności z robieniem zakupów, zdobywaniem leków i załatwianiem podstawowych spraw. Pani Barbara starała się pomagać tam, gdzie było to potrzebne.
- Czas pandemii jeszcze bardziej zbliżył mnie do moich klientów. Dowiedziałam się, co to jest e-recepta, robiłam zakupy i wykupywałam leki - wspomina.
Zdarzało się również, że po godzinach pracy odbierała telefony od osób proszących o zabranie paczki do nadania. Choć nie należało to do jej obowiązków poza służbą, często nie odmawiała pomocy.
Emerytura i dalsza aktywność
W 2024 roku Barbara Rychlińska przeszła na emeryturę. Po 36 latach pracy na poczcie i około 40 latach łącznej aktywności zawodowej uznała, że nadszedł czas na odpoczynek.
- Potrzebowałam oddechu, odpoczynku. Po tylu latach pracy chciałam już trochę odpocząć - przyznaje.
Nie oznacza to jednak, że wycofała się z życia społecznego. Nadal angażuje się w działalność kilku organizacji. Należy do Polskiego Związku Emerytów, Rencistów i Inwalidów - Oddziału Rejonowego w Dęblinie, Towarzystwa Przyjaciół Dęblina, Biura Turystyki Szkolnej oraz Rady Osiedlowej Wiślana.
Utrzymuje również kontakt z dawnymi współpracownikami i klientami. Spotkania na ulicach Dęblina są okazją do wspomnień i serdecznych powitań.
- Do dzisiaj mam kontakt ze współpracownikami i klientami. Kiedy ich spotykam, wszyscy są wdzięczni, ściskają mnie - mówi.
Najważniejsze są zdrowie i uśmiech
Dla Barbary Rychlińskiej największą nagrodą za lata pracy jest pamięć i wdzięczność mieszkańców. Nie wspomina przede wszystkim o przejechanych kilometrach, ciężarze torby czy trudnych warunkach atmosferycznych. Najczęściej wraca myślami do ludzi, ich życzliwości, zaproszeń na herbatę, próśb o pomoc i rozmów, które czasem trwały dłużej, niż przewidywał plan dnia.
Jej podejście do życia pozostaje niezmienne. Pieniądze nigdy nie były najważniejsze. Liczyły się zdrowie, spokój i możliwość cieszenia się codziennością.
- Tak samo jest teraz na emeryturze. Ona mi wystarcza. Najważniejsze, żeby było zdrowie i uśmiech - podkreśla.
W Dęblinie wciąż spotyka osoby, którym przez lata dostarczała pocztę. Dla wielu z nich nie była anonimową pracownicą urzędu, lecz znajomą twarzą, która regularnie pojawiała się pod drzwiami. Czasem przynosiła ważną wiadomość, czasem pieniądze, a czasem po prostu chwilę rozmowy. Jej zawodowa droga dobiegła końca, ale relacje, które zbudowała, nadal są częścią życia miasta.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.